Mamy w sobie coś więcej

Nie wiem czy wszyscy tak mają, czy może tylko ja, ale gdy poznaję kogoś i zaczynam go/ją lubić nie liczy się nic więcej. Nie jest ważne pochodzenie, wiara, płeć, zajmowane stanowisko. Wszystko przestaje się liczyć. Jeśli przepływ naszych słów i myśli jest swobodny – nie wyczuwam żadnego oszustwa zaczynam lubić swojego rozmówcę. Przestaje mieć znaczenie co robi, jak wygląda mój nowy przyjaciel. Liczy się jedynie ta otwartość i to poczucie, że możesz tej osobie powiedzieć wszystko. Często znamy kogoś przez chwilę, a zaczynając rozmowę w jej trakcie uświadamiamy sobie, że jest nam dobrze. Czujemy się jakbyśmy znali tego kogoś. Nie potrafię powiedzieć co nas tak łączy, ale to wzajemne napędzanie w rozmowie powoduje uczucie przyjemności, które odczuwamy. Mimo wielu różnic, które kierują naszym życiem potrafimy odnaleźć coś wspólnego. Coś przy czym wspólnie zaczynamy się fajnie bawić. Coś co motywuje nas do dalszej konwersacji, wzajemnego poznawania swoich myśli, doświadczeń i uczuć w wielu kwestiach.

Nie wiem skąd ten magnetyzm się bierze. Skąd wiemy już po chwili, że dana osoba będzie naszą opoką, naszą bratnią duszą. Czy jesteśmy czymś więcej niż tylko zbitkiem wielu komórek. Czyżby mamy w sobie coś boskiego i potrafimy od zaraz zapomnieć gdzie tkwimy i otworzyć się przed drugim człowiekiem na wskroś. Pokazać mu nasze słabości i dobre strony nie obawiając się przy tym rozdeptania.

Czy nie powinniśmy czuć się tak częściej. Czy nie powinniśmy tej naszej boskiej mocy poznawania i akceptacji siebie używać w stosunku do naszych bliskich. Mówić im co myślimy. Nie powstrzymywać siebie żadnymi hamulcami. Swobodne myśli powinny przepłynąć z jednej strony do drugiej. Powinny wzbudzić w nas ciekawość i chęć zmian, a nie ból gdy ktoś bliski mówi nam prawdę kim jesteśmy. Dlaczego często potrafimy się wyłączyć na docierające do nas negatywne informacje od nieznajomych – potrafimy zaakceptować, lub zignorować te przekazy, a nie potrafimy znieść prawdy z ust brata, żony, matki. Dlaczego nie mamy w sobie na tyle tej miłości by z uśmiechem na ustach zaakceptować wbijane nam prosto w serce ciernie? Dlaczego potrafimy motywować nieznajomego a nie umiemy pocieszać swoich bliskich? Jak tą boską siłą akceptacji i zrozumienia drugiego człowieka zaimplementować w sobie by można z niej korzystać na co dzień. By każdy dzień cieszył, że poznaliśmy drugiego człowieka.

Bo czyż nie poznanie drugiej osoby w naszym życiu nie jest najważniejsze. Czyż nie jest to istota bycia i dalszej egzystencji. Nie jesteśmy samotnymi wyspami, nie żyjemy dla siebie, lecz dla innych. To dzięki innym jesteśmy zmotywowani do pracy. Potrafimy pokonać przeciwności i iść przed siebie. To dla innych udowadniamy, że nie ma rzeczy niemożliwych. Sami chcemy jedynie tego poklepania po ramieniu. Tego skwitowania – jesteś w porządku, jesteś super.

Często dostajemy to od nieznajomego, a nie potrafimy otrzymać od bliskiej osoby. Zacznijmy może od siebie. Tak Paweł zaczynamy. Musisz umieć kochać świat i okazywać tą miłość, a wtedy wszystko co dasz zostanie ci odpłacone po stokroć. Jak to jest, że akcja powoduje często pozytywne emocje, a oddźwięk na tą akcję jest często ekstazą szczęścia. Tak powinno być, że radość wysłana wraca do nas. Nakręca nas, powoduje wzrost energii, dzięki której znów podejmujemy wyzwanie i znów wysyłamy w świat jeszcze więcej pozytywnej wibracji. Paweł pamiętaj i ty czytelniku również. My ludzie mamy w sobie coś więcej…