Niemoc – czy aby na pewno?

Czasami, co ja gadam dosyć często mnie, ale myślę, że i innych ludzi dopada niemoc. Stan błogiej chęci nic nierobienia. To czas w którym najchętniej uwalam się na kanapie przed telewizorkiem. Okazuje się wtedy, że serialowe tasiemce wcale nie są aż takie złe. W tej chwili nie chce mi się kompletnie nic, no może nie zupełnie bo czasem lubię wtedy coś napisać- tak jak teraz.

Siedzę przed kompem jak naćpany, wszystko mi zwisa, nie obchodzi mnie, że mam pilne zajęcia. Nie odczuwam stresu, pośpiechu, niepokoju – po prostu cieszę się sam swoją osobą. W czasie błogiej niemocy nie odczuwam ani nienawiści, nie trapią mnie codzienne zmartwienia. Sam na sam z sobą mam wszystko gdzieś.

Niemoc w moim przypadku to stan, w którym mogę przemyśleć wszystko na spokojnie. Nie targany przez żadne żądze odpowiadam sobie, czy coś jest dobre, czy nie.Obiektywnie oceniam swoje postępowanie – jednocześnie przy tym nie wściekam się jaki ze mnie powolny idiota (zdążyłem się do tego przyzwyczaić i zaakceptować).

Z tego wszystkiego wynikałoby, że niemoc to coś fajnego. Jednak moim zdaniem jak wszystko w życiu, także i ten stan musi mieć swój czas i miejsce. Co ciekawe taki stan wielokrotnie dopada mnie wieczorami. Obecnie nie jest za silny, ale jeszcze kilka lat wstecz bywało, że skonany kładłem się spać. Obolałe mięśnie (wyglebiste uczucie) dodatkowo paraliżowały ciało. Nie mniej właśnie wtedy do głowy przychodzi wiele wspaniałych pomysłów, rozwiązań, wszystko staje się proste i zrozumiałe. W tej właśnie chwili w głowie zaczyna świecić magiczna, kreskówkowa żarówka, która nierzadko powoduje myślotok. Jedna myśl jest ciekawsza od drugiej – co ciekawe wszystkie myśli są dobre. W chwili niemocy kocham swoich wrogów, chcę zmieniać świat na lepsze i właśnie wtedy nabuzowany natłokiem przemyśleń – zasypiam. Znowu wstaję rano i odwalam szarą rzeczywistość.